W tym tygodniu westminsterski psychodramat miał w rolach głównych wysokich urzędników państwowych zaciągniętych na światło reflektorów, zieloną posłankę robiącą aferę o alkohol, dziedzicznych parów wyrzuconych za drzwi (mniej więcej) oraz wizytę państwową, która była w większości pianą. Do tego Spurs w końcu wygrali mecz, ale nie popadajmy w przesadę.

Nie często widujemy wysokich urzędników państwowych na wolności - zazwyczaj siedzą za biurkami, próbując powstrzymać swoich ministrów przed katastrofalnymi działaniami wobec ich departamentów. Ale w tym tygodniu dwóch z nich zostało niechętnie zaciągniętych przed komisję spraw zagranicznych, aby wyjaśnili nominację Keira Starmera na ambasadora w USA dla Petera Mandelsona. Dyskkomfort był nie do zniesienia, a zeznania były, powiedzmy, pouczające.

Najpierw: Olly Robbins, oczywiście Sir, który został zwolniony ze stanowiska stałego sekretarza w Foreign Office za nie wspomnienie, że brytyjska weryfikacja bezpieczeństwa dała Mandelsonowi dwa czerwone światła i zaleciła przeciw wysyłaniu go do Waszyngtonu. Robbins, być może myśląc, że Starmer tak bardzo pragnie wysłać Mandy'ego, że może zarządzać ryzykiem, sprawiał wrażenie nieco tępego jak na mądrego człowieka. Wydawał się kierować podręcznikiem służby cywilnej, niezdolny do samodzielnego myślenia. Czy to nie zdrowy rozsądek powiedzieć premierowi, że Mandelson nie przeszedł weryfikacji? Ale Robbins wolał zostać zwolniony, niż wykazać się inicjatywą. Potem była Cat Little, tylko CB, urzędniczka z Cabinet Office odpowiedzialna za udostępnianie dowodów parlamentowi. Była niewolnicą procedur, nie mogąc niczego potwierdzić ani zaprzeczyć, chyba że było to zapisane, a potem zapisane ponownie. Im więcej mówiła, tym mniej sensu to miało. To była lekcja, w pewnym sensie.

Tymczasem Hannah Spencer, nowo wybrana posłanka Zielonych z Gorton i Denton, została ostrzelana ze wszystkich stron za powiedzenie, że niektórzy posłowie śmierdzą alkoholem i że niepokoi ją kultura alkoholowa w Westminsterze. Nie wydaje się to wielka sprawa, ale reakcja była nieproporcjonalna. Nigel Farage poprowadził atak, nigdy nie pozwalając nikomu powstrzymać go od wypicia piwa. Inni posłowie wtórowali: "To nie była normalna praca", mówili, więc picie w korytarzach głosowań było w porządku, o ile zataczałeś się po właściwej stronie. Niektórzy atakowali Spencer za bycie Zieloną; Rod Liddle w Spectatorze oskarżył ją o wojnę klasową. Najwyraźniej alkohol jest dla klas wyższych. Moje sympatie są po stronie Spencer. Nie piję alkoholu od ponad 39 lat, ale bycie posłem to przywilej i odpowiedzialność. Prawie wszyscy inni nie piją w pracy, więc posłowie powinni sobie poradzić. Chociaż niektórzy dziennikarze nie mogą - na kolacji korespondentów Białego Domu, gdy strzelec próbował zabić prezydenta, kilku dziennikarzy chwyciło butelki wina. W sumie zginęło 179 butelek po 76 dolarów (56 funtów) za sztukę.

Na froncie dziedzicznych parów, wieki tradycji dobiegły końca, gdy ostatnich 92 straciło miejsca w Izbie Lordów. Tak jakby. Starmer pozwolił 26 z nich - 15 torysom, dwóm laburzystom, dziewięciu crossbenchers - wrócić jako parowie dożywotni, jeśli zrzekną się rodzinnych tytułów. Ten pozorny zwrot to łapówka mająca przyspieszyć reformy, najwyraźniej. Dla tych, którzy zostali wykluczeni, to było emocjonalne, z długimi pożegnaniami. Twierdzą, że będą znaczącą stratą, bo nie zawdzięczali miejsc patronatowi. Ale jeden z parów dożywotnich, 2. baron Inglewood, czyli Richard Fletcher-Vane z Hutton-in-the-Forest, narzekał, że plany abolicji są "prostackie". "Nie sądzę, żeby ktokolwiek lubił być zwalnianym", powiedział, "szczególnie jeśli powodem jest tożsamość mojego ojca". On nie rozumie sedna: to tożsamość jego ojca zapewniła mu tę pracę na początku.

Wizyta państwowa w USA poszła mniej więcej tak, jak się spodziewano, poza lekką niezręcznością, gdy burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani odmówił prywatnego spotkania. Karol i Kamila woleliby zostać w domu (Starmer powiedział im, że to trzyliniowy bicz), ale zagrali świetnie. Karol nie narzekał, gdy Trump pchał się przed niego, nie powiedział ani słowa, gdy Trump nazwał go "naprawdę dobrym przyjacielem" (uczucie z pewnością nieodwzajemnione). Karol przygryzł język, gdy Trump powiedział, że gdyby król był premierem, poparłby go w sprawie Iranu. Ale Karol wplótł uszczypliwości podczas