Prezydent Donald Trump ogłosił, że amerykańsko-saudyjska umowa o energetyce jądrowej ma warunek: Arabia Saudyjska musi uznać Państwo Izrael, przystępując do Porozumień Abrahamowych. „Umowa o cywilnej energetyce jądrowej (Nie będzie wzbogacania materiału!)... zostanie zatwierdzona, ale jest całkowicie uzależniona od przystąpienia Arabii Saudyjskiej do bardzo szanowanych i udanych Porozumień Abrahamowych” – napisał Trump na Truth Social, prawdopodobnie wielkimi literami dla maksymalnego efektu.

Nie jest jasne, czy ten wymóg jest faktycznie zapisany w nieopublikowanej umowie, ani czy Arabia Saudyjska się na niego zgodziła. Królestwo jeszcze nie odpowiedziało, być może dlatego, że było zbyt zajęte obliczaniem, ile wielbłądów musiałoby wymienić na reaktor jądrowy.

Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt potwierdziła, że Trump wielokrotnie podnosił ten warunek z saudyjskimi przywódcami. „Powiedział, że jeśli nie przystąpią do Porozumień Abrahamowych, umowa przepada” – powiedziała, sugerując, że Saudyjczycy grzecznie go ignorują od tygodni.

Umowa, ogłoszona w środę, obejmuje „porozumienie o pokojowej współpracy jądrowej” i „dwustronne porozumienie o zabezpieczeniach”, według Departamentu Energii USA. Razem stanowią „podstawę prawną dla wieloletniego, wartego miliardy dolarów partnerstwa” – bo nic tak nie mówi „pokój” jak wyścig o budowę reaktorów na Bliskim Wschodzie za miliardy dolarów.

Krytycy, w tym niektórzy republikańscy i demokratyczni ustawodawcy, ostrzegali, że umowa może wywołać proliferację nuklearną w już niestabilnym regionie. Rosemary Kelanic z think tanku Defense Priorities nazwała to „dość szokującym”, że USA mogłyby pozwolić na saudyjskie wzbogacanie uranu, zauważając: „USA nigdy tego nie robiły. Nigdy nie pomagaliśmy innemu krajowi wzbogacać na jego własnej ziemi”. Zazwyczaj wolimy zachować ten przywilej dla siebie.

Podczas pierwszej kadencji Trumpa ZEA i Bahrajn podpisały Porozumienia Abrahamowe, normalizując stosunki z Izraelem – historyczny pierwszy krok od dziesięcioleci. Sudan, Maroko i Kazachstan dołączyły później, choć udział Kazachstanu pozostaje nieco tajemniczy.

Arabia Saudyjska wcześniej upierała się, że nie znormalizuje stosunków bez państwa palestyńskiego. Ale Biały Dom mówi, że umowa nuklearna przepada, jeśli nie zagrają w piłkę. Biuro premiera Benjamina Netanjahu nazwało przystąpienie Saudyjczyków „historycznym skokiem naprzód dla pokoju”, wygodnie ignorując nuklearnego słonia w pokoju.

Minister gospodarki Izraela Nir Barkat powiedział, że Izrael „może sobie poradzić”, jeśli Arabia Saudyjska otrzyma pokojową energię jądrową. Były minister obrony Avigdor Lieberman był mniej optymistyczny: „Każdy wojskowy program nuklearny zaczyna się od cywilnego”. Oczywiście, sam Izrael powszechnie uważa się za posiadacza broni jądrowej, ale utrzymuje politykę „nie pytaj, nie mów” – a raczej „nie potwierdzaj, nie zaprzeczaj”.

Iran, słoń w drugim pokoju, od dawna zaprzecza dążeniu do broni jądrowej, pomimo zachodnich oskarżeń. Saudyjski książę koronny Mohammed bin Salman powiedział CBS w 2018 roku, że jeśli Iran zdobędzie bombę, „my zrobimy to samo tak szybko, jak to możliwe”. Tak więc umowa jest albo drogą do pokoju, albo przepisem na wyścig zbrojeń nuklearnych – w zależności od tolerancji ryzyka.

Porozumienie trafia teraz do Kongresu, gdzie republikańska większość Trumpa prawdopodobnie przeforsuje je pomimo spodziewanego sprzeciwu. Bo nic tak nie mówi „nieproliferacja” jak partyjna umowa nuklearna z krajem, który może chcieć bomby, jeśli jego rywal ją zdobędzie.