A gdybym ci powiedział, że w tym tygodniu w kinach pojawia się nowy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen? Wyreżyserowany przez Jona Favreau, pewną rękę na sterze, która pomogła wystartować Marvel Cinematic Universe z „Iron Manem” i obecną serię disnejowskich aktorskich remake’ów z „Księgą dżungli”? Minęło siedem lat od premiery filmu z serii Gwiezdne Wojny, a jeszcze więcej od czasu, gdy zdobył on choćby skromny pozytywny konsensus wśród fanów, więc można by pomyśleć, że wydanie „The Mandalorian i Grogu” w ten weekend Memorial Day zasługuje na choć odrobinę ekscytacji. Zamiast tego film ląduje jak talerz kosmicznych warzyw, które mają być posłusznie skonsumowane przez zagorzałych fanów, a poza tym odsunięte na bok wśród hollywoodzkiego bufetu letnich blockbusterów.
„The Mandalorian i Grogu” to kinowa kontynuacja serialu „The Mandalorian”, który w 2019 roku zapoczątkował ofertę programów Gwiezdnych Wojen na Disney+ – kilka tygodni przed tym, jak niespójne zakończenie sagi „Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie” trafiło do kin. W porównaniu z nim „The Mandalorian” wydawał się elegancki i uroczy, z odczuwalnie ludzkimi stawkami. Serial, stworzony przez Favreau, opowiada o tytułowym łowcy nagród w zbroi (granym przez Pedro Pascala), który przemierza bardziej bezprawne zakątki galaktyki. Ostatecznie bierze pod swoją opiekę uroczego, przypominającego Yodę stworka o imieniu Grogu; podczas gdy Mando jest człowiekiem małomównym, Grogu to 30-centymetrowy magiczny kosmita, który mówi piskami i chrząknięciami. Nadrzędna historia jest mniejsza niż przeciętnie dla Gwiezdnych Wojen, ale odpowiednia dla telewizji – wciąż pełna efektownych efektów wizualnych, ale mniej skupiona na narracyjnym rozmachu franczyzy.
W dzisiejszych czasach jednak markowe franczyzy są przeklęte chorobą „więcej”. Wszystko musi rosnąć – dodawać postaci i spin-offy – a wszystkie elementy w końcu się łączyć. Gdy „The Mandalorian” ciągnął się przez trzy sezony, ugrzązł w służeniu jako centrum telewizyjnego uniwersum Gwiezdnych Wojen; zapoczątkował inne seriale i porzucił swój podstawowy format „przygody tygodnia”, by priorytetowo traktować cameo Luke’a Skywalkera (granego przez cyfrowo odmłodzonego Marka Hamilla i dublera) i tym podobne. Uznanie należy się więc Favreau i jego współscenarzystom, Dave’owi Filoni i Noahowi Kloore’owi, którzy świadomie uczynili „The Mandalorian i Grogu” bardziej samodzielnym. Problem polega na tym, że oderwanie filmu od większej mitologii sprawia, że wydaje się on bardzo podobny do odcinka telewizyjnego, nawet gdy ogląda się go na ekranie IMAX.
W porównaniu z najnowszymi filmami Gwiezdnych Wojen, które wywoływały zaciekłe debaty, „The Mandalorian i Grogu” raczej nikogo nie obrazi; nie jest ani chaotycznym bałaganem, ani na tyle dziwacznym, by podzielić fanów. Zamiast tego zadowala się byciem niczym, dwiema obowiązkowymi godzinami laserowych strzałów i płaskich dialogów, które wystarczą, by utrzymać zabawki na półkach. Zarys jest prosty: Mandalorianin służy teraz nowo powstałej Nowej Republice, polując na resztki obalonego złowrogiego Imperium (historia dzieje się po „Powrocie Jedi”, szóstym epizodzie Gwiezdnych Wojen). Surowa pułkownik Republiki Ward (Sigourney Weaver) zleca mu uwolnienie Rotty Hutta (głos Jeremy’ego Allena White’a), muskularnego śluzowatego kosmity, który jest synem złowrogiego Jabby, i odesłanie go do rodziny w zamian za ważne informacje. Stamtąd sprawy rozwijają się w różne poboczne przygody, ale fabuła tak naprawdę nie ma znaczenia; ilekroć wydaje się zmierzać w kierunku szerszej, ogarniającej galaktykę przygody, ostatecznie wybiera prostszą ścieżkę. Chodzi o to, by cieszyć się oglądaniem naszego bohatera w tarapatach i uroczego małego Grugu, który pomaga mu się z nich wydostać.
Jeśli dostosują swoje oczekiwania, fani Gwiezdnych Wojen będą zasadniczo usatysfakcjonowani „The Mandalorian i Grogu”; powinni przygotować się na przejażdżkę z niskimi stawkami, a nie na wielką operę kosmiczną. Wydaje się, że jest najbardziej skierowany do dzieci – lekki na intensywną akcję, a ciężki na ryczące potwory i śmieszne małe stworzonka. Moje tętno utrzymywało się na komfortowym poziomie przez cały czas, a tylko dwie sekcje naprawdę sprawiły, że pochyliłem się na siedzeniu. Pierwsza miała miejsce podczas kilku