Skórki bananów były złowieszczym znakiem. Podobnie jak gałąź, która została złamana, by dostać się do owoców. Gdyby Edi Ramli wszedł do lasu, mógłby zobaczyć porozrzucane kule kory, oderwane z drzew, przeżute jak guma, a potem wyplute. Potrzeba potężnej szczęki, żeby to zrobić. Bliżej domu Ediego, wysoko na drzewie, znajdowała się misterna konstrukcja z wygiętych i złamanych gałęzi. Gniazdo.
Był październik, sezon owocowania. Stos na wpół zjedzonych bananów znajdował się niecałą minutę spacerem od miejsca, gdzie Edi i jego rodzina spali. Czuł się niespokojny. Zajął się swoimi sprawami. Zebrał kukurydzę i sprzedał ją na targu. Kupił karton mleka czekoladowego i herbatniki dla wnuka. On i jego żona, Siti Munawaroh, prowadzili farmę z trójką dorosłych dzieci. Przygotowywali ziemię, siali nasiona, pielęgnowali uprawy. Przetrwanie zależało od tego, co udało im się wyhodować.
Gdy nowi osadnicy karczują ich leśne siedliska, małpy wchodzą w konflikt z ludźmi. Ale samo przenoszenie ich do innej części lasu może nie być rozwiązaniem. Bitwa o to, jak uratować orangutany przed przekleństwem oleju palmowego, trwa nadal, bez wyraźnego zwycięzcy - z wyjątkiem być może firm produkujących olej palmowy, które prawdopodobnie mają nadzieję, że po prostu przejdziemy do innej przekąski.