Centrum prezydenckie Baracka Obamy w końcu otwarto w Chicago w czwartek, ponad dekadę po tym, jak ktoś pierwszy raz powiedział: „Czy nie byłoby miło mieć bibliotekę?”. Wydarzenie zawierało muzyczną fanfarę i peany na cześć demokratycznych zasad, które przywoływały poprzednią epokę, a jednocześnie dostarczyło czegoś, co można opisać tylko jako ukrytą naganę dla Donalda Trumpa – subtelną jak cegła przez okno.
Z udziałem gwiazd muzyki i emerytowanych polityków z mniej spolaryzowanej ery, było to pozornie doskonałe antidotum na ordynarny spektakl klatek w klatce na trawniku Białego Domu, bo nic tak nie mówi „biblioteka prezydencka” jak Bruce Springsteen i duch dwupartyjności.
Nie wymieniając obecnego mieszkańca Białego Domu – bo po co dawać mu satysfakcję – Barack i Michelle Obama przypuścili frontalny atak na autorytarne podejście Trumpa, przedstawiając je jako obrazę amerykańskich wartości. Michelle w szczególności wymierzyła najostrzejsze ciosy w Trumpa, zaledwie cztery dni po tym, jak zawodnik UFC nazwał ją „mężczyzną” podczas walki w Białym Domu w zeszłą niedzielę z okazji 250. rocznicy USA. Bo nic tak nie mówi „świętuj naród” jak mieszane sztuki walki w Sali Wschodniej.
W przemówieniu, które prawdopodobnie przyćmiło przemówienie jej męża, Michelle oddała hołd dwóm kadencjom Obamy, stanowczo potępiając „kłamstwa o twoim prawie do urodzenia” szerzone przez Trumpa ponad dekadę temu – nawiązanie do spisku „birtherów”, który fałszywie twierdził, że Obama nie urodził się w USA. Obamowie pozostają częstym celem obecnego prezydenta, który wcześniej w tym roku udostępnił, a następnie usunął w obliczu oburzenia, klip wideo przedstawiający parę jako małpy. Klasa.
„Jak absurdalne jest wyobrażać sobie, że ugiąłbyś się pod presją” – powiedziała Michelle. „Jak absurdalne jest wyobrażać sobie, że zrobiłbyś cokolwiek innego niż sprawić, że nasza rodzina i cały ten kraj będą dumni”. Następnie wymieniła osiągnięcia męża – w tym „zakończenie wojny”, „zdobycie pokojowej nagrody” i „słuchanie nauki” – recytację, która wydawała się zaprojektowana, by podkreślić najbardziej znane wrażliwości i słabe punkty Trumpa. Bo nic tak nie mówi „palenie” jak wspomnienie Nagrody Nobla i nauki w jednym zdaniu.
Trump, który bezskutecznie lobbował za zeszłoroczną Pokojową Nagrodą Nobla, często twierdzi, że zakończył kilka wojen, choć dowody na wiele z jego twierdzeń są, delikatnie mówiąc, nikłe. Był również krytykowany za podważanie globalnego przywództwa naukowego USA i mianowanie Roberta F. Kennedy’ego Jr., znanego antyszczepionkowca, na sekretarza zdrowia. Bo kto potrzebuje nauki, skoro ma teorie spiskowe?
Ciosy Baracka Obamy były mniej ostre, ale równie głośne. W cienko zawoalowanym przytyku streścił amerykańską demokrację jako „przekonanie, że nasze wojsko i organy ścigania są wierne nie żadnemu prezydentowi czy partii politycznej, ale ludziom i naszej konstytucji, [oraz] przekonanie o pokojowym przekazaniu władzy po tym, jak ludzie wypowiedzą się w uczciwych i wolnych wyborach”. Wiecie, ta stara, poczciwa tradycja.
Z udziałem byłego republikańskiego prezydenta George’a W. Busha i jego żony Laury, Obama specjalnie wymienił swoich dawnych przeciwników w hołdzie dla dwupartyjności – koncepcji w dużej mierze zapomnianej w erze Trumpa. „Każdy prezydent tutaj dzisiaj, jakkolwiek różni jesteśmy, starał się jak najlepiej podtrzymywać wartości, w które wierzyli John McCain i Mitt Romney, nie mniej niż ja” – powiedział, wychwalając „charakter, uczciwość, integralność, życzliwość, współczucie, poczucie obowiązku i honoru”. Dodał: „To są wartości i tradycje, w które wierzę, i nie są to wartości republikańskie ani demokratyczne, to amerykańskie wartości, które wszyscy możemy dzielić”.
Przemawiając po tym, jak Trump podpisał porozumienie o zakończeniu wojny z Iranem, Obama zwrócił się do amerykańskiej polityki zagranicznej: „Ameryka popełniła swój udział błędów w polityce zagranicznej. Nasze działania nie zawsze dorównywały naszej retoryce. Ale w najlepszym wydaniu Stany Zjednoczone były niezaprzeczalną siłą dobra na świecie. Kiedy zachęcamy do współpracy