W oszałamiającym pokazie déjà vu, Lewis Hamilton znalazł się po drugiej stronie muru pit stopu, tęsknie spoglądając na gładką współpracę Mercedesa, podczas gdy jego zespół Ferrari gubi się jak małe dziecko z kostką Rubika. Po Grand Prix Holandii, gdzie zajął czwarte miejsce, Hamilton nie mógł ukryć frustracji, porównując strategię Ferrari do spowolnionego powtórki wszystkiego, co zostawił za sobą.

Wyścig zobaczył Lando Norrisa z McLarenu na najwyższym stopniu podium, a za nim Kimiego Antonelliego i George'a Russella z Mercedesa. Hamilton musiał jednak rozmyślać, co by było, gdyby Ferrari tak szybko usunęło Charlesa Leclerca z drogi, jak Mercedes zrobił to z Russellem. "Świetny sposób na marnowanie czasu, dobra robota" - zażartował Hamilton z sarkazmem, który sprawia, że radiowe rozmowy zespołowe stają się wiralowe.

Frustracja Hamiltona była wyczuwalna, gdy zauważył: "Patrzę w przyszłość i widzę, jak Mercedes wykonuje taką strategię. Mają samochód, walczą o mistrzostwo, są na prowadzeniu i zrobili to od razu. Tutaj siedzę z tyłu, tracąc sekundy." Teraz traci 59 punktów do lidera mistrzostw, Antonelliego, a każda sekunda się liczy, gdy próbujesz odrobić straty w walce o tytuł.

Mercedes z kolei nie okazał skruchy za swoje szybkie polecenia zespołowe. Russell, mimo początkowych wątpliwości, przyznał, że to była słuszna decyzja: "Kimi i tak był przede mną, więc zasłużył na to, by być przede mną na mecie." Toto Wolff, zawsze pragmatyczny, zbagatelizował dramatyzm: "Polecenia zespołowe są zawsze trudne z perspektywy jednego z kierowców, ale to, co zawsze omawialiśmy. Dzisiaj nie była to trudna decyzja."

Hamilton tymczasem jest przekonany, że Ferrari potrzebuje poważnej rozmowy motywacyjnej. "Dzisiaj było to dla mnie zdecydowanie frustrujące" - powiedział. "Jestem tu, aby wygrywać, i naprawdę wierzę, że ten zespół może wygrywać. Ale aby wygrywać mistrzostwa, trzeba zdobywać każdy punkt." Apeluje o rozmowę poza torem, prawdopodobnie po to, aby wyjaśnić swoim nowym pracodawcom koncepcję 'pośpiechu'.