Jeśli mieliście nadzieję na dobre wieści o stanie opieki zdrowotnej na świecie, może warto usiąść. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) prowadzi skrupulatną listę każdego przypadku, gdy ktoś bombarduje, burzy lub w inny sposób zakłóca działanie szpitala, kliniki czy karetki, a wynik nie jest ładny. Od 2018 roku doszło do ponad 10 400 ataków na opiekę zdrowotną w 29 krajach, w wyniku których zginęło około 5 700 osób, a ponad 8 000 zostało rannych. I tu jest haczyk: nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Nikt.

W tym roku, między styczniem a sierpniem, WHO odnotowała ponad 900 ataków – to więcej niż cztery dziennie – które doprowadziły do co najmniej 900 zgonów i ponad 1 400 obrażeń. Główne ogniska? Ukraina, Liban i okupowane terytorium palestyńskie, z gościnnymi występami Mjanmy, Iranu, Sudanu, Demokratycznej Republiki Konga (DRK), Sudanu Południowego, Rosji, Syrii i Nigerii. Bo po co ograniczać chaos do jednego regionu?

Altaf Musani, dyrektor WHO ds. operacji humanitarnych i zarządzania katastrofami, poinformował dziennikarzy w Genewie, malując obraz przemocy w wielu jej formach. Ciężka broń była bronią z wyboru, następnie całkowite niszczenie placówek opieki zdrowotnej, a potem, bo ludzie są nieskończenie kreatywni, „przemoc psychospołeczna”. To nie jest eufemizm na złą recenzję na Yelp; to rodzaj strachu, który trzyma pacjentów z daleka, a lekarzy w domu. Ponadto 44 incydenty dotyczyły uprowadzenia, aresztowania lub zatrzymania pracowników opieki zdrowotnej i pacjentów, przy czym dotkniętych zostało 94 osoby – większość z nich to pracownicy przetrzymywani w areszcie.

Ale Musani szybko zauważył, że liczby opowiadają tylko część historii. „Kiedy szpital jest atakowany, wpływ nie dotyczy tylko ludzi znajdujących się w szpitalu tego dnia” – powiedział. „To pacjent, który nie może otrzymać opieki zdrowotnej jutro. To karetka, która nie może wykonać następnego skierowania. To pracownik opieki zdrowotnej, który nie może wrócić do pracy, lub dostawy leków, które nie mogą już dotrzeć do placówek”.

I ma na to dowody. Badanie 69 ataków w północno-zachodniej Syrii wykazało, że liczba wizyt ambulatoryjnych spadła o 51% następnego dnia i utrzymywała się na niskim poziomie przez 37 dni. W Sudanie 37% placówek uznano za nieczynne w 2026 roku, a tylko 3% oferowało opiekę stacjonarną. W Gazie wszystkie 36 szpitali zostało uszkodzonych, a tylko połowa działa częściowo. Ukraina odnotowała ponad 3 000 zweryfikowanych ataków od początku konfliktu, a odpowiedź na Ebolę w DRK została dotknięta 12 atakami od czasu ogłoszenia epidemii w maju.

„To nie są zwykłe statystyki” – nalegał Musani. „Za każdym procentem stoi pacjent. Za każdą uszkodzoną placówką stoi utracona usługa. Za każdą przerwaną usługą stoi ktoś, kto zostanie bez opieki zdrowotnej”.

Kiedy dziennikarz zapytał, czy kiedykolwiek ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za te ataki, Musani potwierdził, że z ponad 10 000 zweryfikowanych incydentów „ani jeden nie trafił do systemu odpowiedzialności”. WHO nie ma mandatu ani wiedzy specjalistycznej, aby ścigać zbrodniarzy wojennych, ale jej dyrektor generalny wielokrotnie prosił – uprzejmie, jak zakładamy – o pociągnięcie stron do odpowiedzialności. Bo najwyraźniej konwencja genewska potrzebuje czegoś więcej niż tylko mocno sformułowanego listu.