Wyobraź sobie: ty, w kostiumie kąpielowym, unoszący się w wodzie tak przejrzystej, że widzisz własne palce u stóp bez mrużenia oczu, a palmy machają do ciebie, jakby znały jakiś sekret. Ta fantazja jest rzeczywistością na Banana Beach na Koh Hey w Tajlandii – maleńkiej wyspie, która jakoś zdołała pozostać spokojna, podczas gdy sąsiedni Phuket urządza niekończącą się imprezę przy pełni księżyca. Tripadvisor uznał ją za drugą najlepszą plażę na świecie (i najlepszą w Azji) na 2025 rok, a Travel + Leisure nazwał Tajlandię „Miejscem Roku” 2025. Bo najwyraźniej plaże są teraz rankingowane jak drużyny futbolu akademickiego.

Koh Hey, znana również jako Coral Island (albo Koh He, albo Koh Hae – wybierz swoją ulubioną pisownię), to 30-minutowa podróż łodzią długoogonową z plaży Rawai w Phuket. Żadnego lotniska, żaden problem: potrzebujesz łodzi. Prom długoogonowy w obie strony kosztuje około 1500-2000 bahtów tajskich (45-60 dolarów), a czarter łodzi motorowej to około dwa razy tyle. Albo możesz pozwolić grupie turystycznej zająć się wszystkim – Rick Steves aprobuje, a my nie będziemy się kłócić z papieżem budżetowych podróży.

Najlepszy czas na wizytę to listopad-maj, kiedy woda jest czysta i spokojna. Lato przynosi deszcze i silniejsze fale, więc zaplanuj odpowiednio, chyba że lubisz plażowanie z dodatkiem monsunu. Udogodnienia są ograniczone – brak noclegów od czasu zamknięcia Coral Island Resort – ale można wypożyczyć kajaki, deski SUP, maski do nurkowania, a nawet bananową łódź (tak, naprawdę). Jest też kawiarnia na świeżym powietrzu z bambusową architekturą, która według jednego gościa z Rainier-Siam.com wzbudziła w nim „małe zauroczenie”. Pobliskie Chophouse serwuje tajskie dania plażowe za około 700-800 bahtów (20-25 dolarów) na osobę. Nie jest tanio, ale hej, płacisz za przywilej udawania, że odkryłeś to miejsce jako pierwszy.