Polityka odrywa się od długo utrzymywanych założeń w zawrotnym tempie i nikt nie wie, dokąd to wielkie rozchwianie nas zaprowadzi. W kwestii kryzysu klimatycznego zaprzeczanie znów wraca do mody – najwyraźniej w zależności od tego, co podrzuci algorytm.

Wzrost poparcia dla One Nation w sondażach sugeruje, że partia ta aspiruje do miana najpopularniejszej partii w kraju, mimo że nie uznaje przytłaczających dowodów na ocieplanie się planety i pogarszanie ekstremalnych zjawisk pogodowych. Zamiast tego argumentuje, że departament ds. zmian klimatu powinien zostać zlikwidowany, bo – w najbardziej słomianym z argumentów – nie zmienił klimatu. Mało prawdopodobne, by wielu wyborców garnęło się do Pauline Hanson dla jej naukowych spostrzeżeń. Odrzucenie polityki głównego nurtu to coś znacznie więcej. Ale to właśnie tam się ustawiają, niezależnie od wszystkiego.

Dzieje się to w czasie, gdy rekordy temperatur są nadal bite, a długo wyczekiwane rozwiązania klimatyczne stają się coraz bardziej przystępne cenowo i dostępne. Niezwykły wzrost liczby dachowych instalacji fotowoltaicznych i domowych systemów magazynowania energii w Australii zasadniczo zmienia sposób, w jaki pozyskujemy energię, i daje ludziom większą kontrolę nad zasilaniem ich domów. Rozwój wielkoskalowych farm wiatrowych i słonecznych nie idzie już tak gładko. Mimo to zmiana w ostatnich latach była nadal niezwykła, stawiając kraj na progu 50% produkcji energii elektrycznej ze słońca, wiatru i hydroelektrowni.

Węgiel i drogi gaz ziemny są w odwrocie. Sieć poradziła sobie w okresach wysokiego zapotrzebowania zeszłego lata bez większych problemów. Są oznaki, że magazyny energii zaczynają pomagać w obniżaniu kosztów energii elektrycznej, także dla gospodarstw domowych, które ich nie posiadają. Kluczowym pytaniem dla rządu Albanese jest to, jak zamierza przyspieszyć działania, by sprostać swoim zobowiązaniom klimatycznym, jednocześnie utrzymując koszty dla konsumentów w ryzach. Ale rzadko jest ono zadawane. Dyskusja polityczna rzadko mierzy się z tym, jak zmiany klimatu wpływają na nasze życie, w tym z rosnącymi kosztami i spadkiem dochodów, ani z tym, w jakim stopniu świat zmierza do ograniczenia emisji, choć niewystarczająco. Chyba że publikowany jest jakiś ważny raport – wtedy temat ledwo się przebija.

Zeszły tydzień pokazał, jak bardzo rzeczy mogą być nie na miejscu. Był też oknem na to, dokąd sprawy mogą zmierzać w drugiej połowie roku. Uwaga skupiła się na ministrze ds. zmian klimatu i energii, Chrisie Bowen, który uczestniczył w spotkaniu klimatycznym ONZ w Bonn w Niemczech. Zapoczątkowało to szalone sześć miesięcy dla Bowena, podczas których będzie on zarówno „przewodniczącym negocjacji” na szczycie klimatycznym Cop31 w Turcji w listopadzie, jak i członkiem gabinetu odpowiedzialnym za ceny energii i zapewnienie, że kraj ma wystarczająco dużo oleju napędowego i benzyny.

Wygłosił przemówienie pierwszego dnia spotkania, które warto rozważyć. Powiedział, że priorytetem rozmów będzie „zelektryfikowanie globalnej gospodarki” poprzez szybką budowę nowoczesnych sieci działających w oparciu o czystą energię i magazynowanie. Poparł nowy globalny cel, by do 2035 roku 35% końcowego zużycia energii pochodziło z energii elektrycznej, w porównaniu z nieco ponad 20% obecnie. To większa sprawa, niż się wydaje. Oznaczałoby to znaczącą zmianę w sposobie, w jaki ludzie na całej planecie prowadzą swoje domy i budynki, gotują jedzenie i się przemieszczają. Bowen argumentował, że napędzanie elektryfikacji może ograniczyć wpływ dwóch wyzwań stojących przed światem – pogłębiających się zmian klimatu, które napędzają coraz częstsze i mniej przewidywalne katastrofy, nieproporcjonalnie dotykające małe i słabiej rozwinięte kraje, oraz szoków cenowych paliw kopalnych spowodowanych wojną i wstrząsami geopolitycznymi.

Cytując 20-letnie dowody przedstawione przez brytyjskiego ekonomistę Lorda Nicholasa Sterna w jego przełomowym przeglądzie ekonomiki zmian klimatu z 2006 roku, argumentował, że dążenie do osiągnięcia celów temperaturowych uzgodnionych w porozumieniu paryskim z 2015 roku – utrzymanie globalnego ocieplenia od czasów przedprzemysłowych znacznie poniżej 2°C i dążenie do 1,5°C – „pozwoli uniknąć ogromnych kosztów ekonomicznych”. Powiedział: „Niezależnie od tego, czy chodzi o elektryfikację przemysłu w wielkim przemyśle”