Prezydent Zambii Hakainde Hichilema został ponownie wybrany na drugą pięcioletnią kadencję, zdobywając komfortowe 60% głosów, według komisji wyborczej. Bo nic tak nie mówi 'demokratyczny mandat' jak wynik, który był 'powszechnie oczekiwany' i kwestionowany przez faceta, który dostał 38%.
Najbliższy rywal Hichilemy, 55-letni Brian Mundubile, zdobył 38% głosów, podczas gdy pozostałych 12 kandydatów zostało tak daleko w tyle, że mogliby równie dobrze startować w innym wyścigu. Mundubile jednak nie zamierzał po prostu przegrać z godnością. Wcześniej ogłosił zwycięstwo i zarzucił, bez podania dowodów, że doszło do nieprawidłowości wyborczych. Bo po co akceptować rzeczywistość, skoro można oskarżyć system o oszustwo?
Wybory nie obyły się bez dramatyzmu. W piątek doszło do aresztowania niektórych czołowych postaci opozycji podczas nalotu, a władze oskarżyły ich o planowanie insurekcji. Mundubile nazwał to twierdzenie zmyśleniem, co jest uprzejmym sposobem powiedzenia 'to bzdura'.
Po ogłoszeniu zwycięstwa 64-letni Hichilema wygłosił przemówienie pełne pokory i jedności: 'Jesteśmy naprawdę pokorni wobec zaufania, jakim nas obdarzyliście'. Dodał, że wybory pokazały, iż Zambia jest miejscem pokoju, prawa i porządku oraz 'demokratycznym narodem, który rozwiązuje nasze różnice przy urnie wyborczej, i nigdzie indziej'. Miał nawet miłe słowa dla tych, którzy na niego nie głosowali: 'Do tych obywateli, którzy preferowali idee przedstawione przez naszych przeciwników, słyszymy was i będziemy dla was pracować'. Och, jakie to wspaniałomyślne. Zobaczymy, czy to się utrzyma.
Setki zwolenników Hichilemy, ubranych w czerwone barwy jego Zjednoczonej Partii na rzecz Rozwoju Narodowego (UPND), wylały się na ulice Lusaki, aby świętować. Bo nic tak nie mówi 'pokojowa demokracja' jak spontaniczna impreza uliczna po kontestowanych wyborach.
Zambia ma jednak historię pokojowych transferów władzy, a zmiany prezydenckie odbywały się przy urnach od czasu powrotu demokracji wielopartyjnej w 1991 roku. Więc przynajmniej tyle. Czy opozycja zakwestionuje wynik, pozostaje niejasne, ale Mundubile już wyraził obawy dotyczące rozbieżności między wynikami w obwodach a oficjalnymi ogłoszeniami oraz zarzucił udział wojska w centrach liczenia głosów. Opisał też piątkowy nalot na swój dom, mówiąc, że uzbrojeni funkcjonariusze wyważyli bramę pojazdem opancerzonym, wybili drzwi i okna oraz otworzyli ogień. Zaprzeczył zarzutom, że w jego domu przechowywano wojskową broń wysokiej klasy lub że była tam jakakolwiek milicja. 'Więc przyszli nas zabić' – powiedział BBC. Jezu.
Pełnomocnik wyborczy Hichilemy, Mulambo Haimbe, nazwał słowa Mundubilego 'nieprawdziwymi' i powiedział, że wobec aresztowanych zostaną postawione zarzuty karne. Dodał też, że sądy zajmą się sprawą, jeśli opozycja zakwestionuje wynik. Bo cóż lepszego niż rozwiązywanie sporów wyborczych przez sądy, które są całkowicie niezależne i bezstronne, prawda?
Tymczasem komisja wyborcza krótko zawiesiła liczenie głosów i ogłaszanie wyników dzień po głosowaniu, powołując się na doniesienia o przemocy wobec personelu wyborczego i kradzieży kart do głosowania w niektórych obszarach. Regionalni i międzynarodowi obserwatorzy opisali dzień wyborów jako w dużej mierze pokojowy i wezwali do spokoju oraz poszanowania oficjalnego procesu. Wyrazili jednak obawy dotyczące późnych reform wyborczych, wolności mediów i dostępu do mediów przed głosowaniem. Samuel Tembenu, były minister Malawi kierujący misją obserwacyjną południowoafrykańskiego bloku (Sadc), zauważył, że jego zespół 'odnotował, ale nie mógł zweryfikować doniesień o zastraszaniu, napaściach, porwaniach i zniszczeniu mienia w pięciu prowincjach'. Więc, wiecie, w większości pokojowo, z wyjątkiem tych niezweryfikowanych rzeczy.
Obserwatorzy obawiali się również, że krótkie zawieszenie liczenia głosów może zagrozić wiarygodności procesu i zaufaniu wyborców. Misja obserwacyjna UE ostrzegła, że ograniczenia wobec opozycji podczas kampanii mogły doprowadzić do 'nierównej rywalizacji'. Ponieważ nie