Gdy rosyjskie czołgi toczyły się w kierunku Kijowa, Polska przeżywała rzadki moment geopolitycznej gwiazdorstwa - nieodpłatnego, nieproszonego i, szczerze mówiąc, nieco niezręcznego. Zwykli Polacy otworzyli drzwi swojego domu milionom uciekających przed konfliktem, a nawet populistyczne Prawo i Sprawiedliwość, nie słynące z humanitarnego zapału, musiało dołączyć do chóru. Wydawało się, że Polska i Ukraina są skazane na żelazny sojusz, taki, który rumieni się w podręcznikach historii.

Polska z pewnym sukcesem wspierała sprawę Ukrainy na Zachodzie, a ukraińscy przywódcy odwzajemniali się pochwałami i wdzięcznością, doceniając broń i wkład finansowy Warszawy. Biorąc pod uwagę, że ich wspólna historia obejmuje oskarżenia o ludobójstwo z czasów II wojny światowej, przesunięcia granic i powojenne wysiedlenia, było to niczym cud.

Ale Warszawa nie przewidziała jednego: uchodźcy mogą faktycznie zbudować nowe życie, a Kijów może zażądać równego miejsca przy europejskim stole. Początkowe współczucie skwaśniało w coś na kształt pogardy. Konsekwencje, jak ostrzega Mateusz Mazzini w swoim artykule w Guardianie, mogą być dramatyczne. Bo nic tak nie mówi 'żelazny sojusz' jak nagły przypadek przesytu po zakupie.