W świecie, w którym wydaje się, że każdy dba tylko o siebie, pewien mężczyzna imieniem Leo przywrócił nam wiarę w ludzkość – a także w moc dobrze wyważonego, druzgocącego emocjonalnie komplementu.

Nasza historia zaczyna się od ukończenia studiów w Birmingham, które zbiegło się z nadejściem Burzy Goretti, która brzmi jak szczególnie agresywna włoska ciotka, ale w rzeczywistości jest tylko zamiecią. Absolwentka, nasza narratorka, mądrze wybrała transport publiczny zamiast jazdy samochodem, zabierając ze sobą mamę na uroczystości. Ceremonia była udana. Podróż autobusem do domu? Mniej.

Około kilometra od domu autobus wyzionął ducha i wszyscy wysiedli w to, co narratorka opisuje jako „jak w filmie Pojutrze”. Dla młodej, sprawnej osoby to utrapienie. Dla jej mamy, po sześćdziesiątce i mającej trudności z chodzeniem, to był kryzys. Taksówek nie było widać, a przejeżdżające samochody nie miały zamiaru się zatrzymać. Wtedy pojawił się Leo.

Leo siedział w swoim BMW przed pubem, prawdopodobnie czekając na znajomego i zajmując się swoimi sprawami, gdy nasza narratorka, z mamą na skraju paniki, zaczęła gorączkowo machać do jego okna od strony pasażera. Na jego pochwałę – i naszą wspólną ulgę – zgodził się odwieźć je do domu. Początkowo był zirytowany, co jest zrozumiałe. Bycie mimowolnie wyznaczonym do przewiezienia dwóch nieznajomych przez zamieć nie jest w zakresie obowiązków większości ludzi.

Podróż była koszmarem: samochody ślizgały się na wszystkie strony, pięciominutowa trasa wydłużyła się do 40 minut. Mama miała ograniczoną znajomość angielskiego, więc narratorka nawigowała, a gdzieś po drodze irytacja Leo stopiła się w coś w rodzaju empatii. Gdy wysiadały, rzucił zdanie, które miało do niej przylgnąć: „Widzę, jak ciężko było ci dziś pomóc twojej mamie. I mam nadzieję, że gdybym kiedykolwiek znalazł się w podobnej sytuacji, zachowałbym się tak, jak ty.”

To rodzaj pożegnalnego strzału, który sprawia, że o 3 nad ranem wpatrujesz się w sufit. Leo nie tylko bezpiecznie dowiózł je do domu – dał naszej narratorke prezent, o którym nie wiedziała, że go potrzebuje: uznanie. Jej mama, która miała problemy ze zdrowiem psychicznym i często ją lekceważyła, mogła zobaczyć córkę w akcji, kompetentną i panującą nad sytuacją. To był przełomowy moment w ich relacji i, niestety, na czasie – mama zmarła miesiąc później.

Więc wznosimy toast za Leo: człowieka, który w środku zamieci potrafił być zarówno szoferem, jak i wsparciem emocjonalnym. Trzeba rzadkiej odwagi, by tak się zachować, i jeszcze rzadszej umiejętności, by wiedzieć, co dokładnie powiedzieć. Chętnie postawilibyśmy mu drinka, ale pewnie jest zajęty byciem aniołem stróżem gdzieś tam.