Było ciasno. Było napięcie. Nie było zbyt dobrze. To mniej więcej podsumowuje pierwszy mecz półfinału play-off Championship pomiędzy Hull City a Millwall, który zakończył się remisem 0:0 – co oznacza, że Millwall ma w zasadzie jeden mecz u siebie w poniedziałek, a stawką jest wyjazd na Wembley.

Mecz dogorywał po czterech minutach doliczonego czasu gry, które w większości polegały na tym, że Hull wybijało piłkę do przodu, a Millwall ją wygłaszało. Sędzia zagwizdał, zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć.

W końcowych, gorączkowych minutach Ivanovic z Hull oddał strzał z daleka, który trafił w plecy Hughesa z Millwall i odbił się na rzut rożny. Potem, w 86. minucie, wydarzyło się coś naprawdę interesującego: Leonard z Millwall skierował dośrodkowanie do bramki, ale sędzia dopatrzył się faulu Cramy na Hughesie i gola nie uznał. Tłum na chwilę ożył, po czym wrócił do egzystencjalnych rozmyślań.

Wcześniej zmiana Hirakawy i Josepha w 70. minucie prawie się opłaciła, gdy Hirakawa dostarczył świetne dośrodkowanie do McBurniego, którego strzał głową poszedł obok. Neghli z Millwall również oddał strzał z dystansu, który nie był najgorszy – niski, mocny lewą nogą, który przeleciał obok bramki i wyszedł na aut przy dalszym słupku. Wysokie uznanie, doprawdy.

Pierwsze trzy minuty były wspaniałe – bieg i strzał Belloumi'ego w drugiej minucie były hitem – ale pozostałe 87 minut to była lekcja mistrzowska w przeciętności. Crama oddał chyba najgorszy strzał wieczoru z 35 metrów, pudłując o co najmniej 25. Millar przeciął na prawą nogę i skręcił dośrodkowanie prosto na aut. Były szarpanie za koszulki, spalone i dużo entuzjastycznego biegania poza boisko.

Jak zauważył jeden z czytelników, to jak ten stary dowcip o facecie, który otworzył irlandzki pub na księżycu – nie ma atmosfery.