Andy Burnham został oficjalnie koronowany na lidera Partii Pracy i ma plan – choć na razie trzyma szczegóły dla siebie. W przemówieniu do posłów i zwolenników Partii Pracy były burmistrz Wielkiego Manchesteru oświadczył, że dokona największej zmiany w brytyjskiej polityce od czterdziestu lat, co jest odważnym stwierdzeniem jak na człowieka, który w polityce spędził większość tych dekad.

Burnham zobowiązał się „przywrócić nadzieję” społecznościom klasy robotniczej, które – jak twierdzi – klasa polityczna porzuciła. Nakreślił także plan decentralizacji władzy z Westminsteru na regiony, przypuszczalnie po to, by więcej ludzi mogło doświadczyć radości z posiedzeń samorządowych.

Poseł okręgu Makerfield – który zapewnił sobie przywództwo po poparciu 379 posłów Partii Pracy i wszystkich 11 stowarzyszonych związków zawodowych – przejmie stanowisko premiera od sir Keira Starmera w poniedziałek. To szybki awans dla Burnhama, który wygrał swoje wybory uzupełniające zaledwie w zeszłym miesiącu. (Przypis do siebie: jeśli chcesz awansu, najpierw przegraj wybory, potem wygraj wybory uzupełniające.)

W swoim pierwszym przemówieniu jako lider, wygłoszonym w siedzibie TUC w Londynie, Burnham odrzucił „neoliberalne” polityki ostatnich 40 lat – w tym, niezręcznie, niektóre, w których brał udział jako członek rządu – i obiecał reindustrializację kraju. „Wielka Brytania podjęła serię złych decyzji w latach 80.” – powiedział. „Władza polityczna została scentralizowana, a władza ekonomiczna sprywatyzowana. Kraj oddał kontrolę nad podstawowymi sprawami”. Nie wspomniał, że lata 80. dały nam też ocieplacze na nogi, więc może nie wszystko było złe.

Burnham wezwał posłów Partii Pracy do utworzenia „jednego zespołu Partii Pracy”, ostrzegając: „Nie pokonamy brytyjskiej nowej prawicy, jeśli będziemy trawieni wewnętrznymi walkami i ciągnięci w różnych kierunkach”. Obiecał, że jego podejście będzie „rozwiązywaniem problemów, a nie zbieraniem punktów”, co jest odświeżającą zmianą w porównaniu do zwykłego politycznego sportu obwiniania drugiego.

Jeśli chodzi o gabinet, Burnham powiedział, że nie podjął jeszcze żadnych decyzji, ale obiecał, że będzie odzwierciedlał „wszystkie części naszej partii” i „wszystkie społeczności”. Spekuluje się, że Ed Miliband i Shabana Mahmood są kandydatami na następcę Rachel Reeves jako kanclerz, choć żadne z nich nie potwierdziło, czy znajdą tajny zapas czekolady w skarbcu.

Od czasu ogłoszenia swojej kandydatury Burnham był oszczędny w szczegółach politycznych – piątkowe przemówienie nie było wyjątkiem – ale obiecuje, że szczegóły pojawią się, gdy już zadomowi się w swoim nowym biurze pod numerem 10. „Nie wszystko mi wychodziło i przepraszam, gdzie zawiodłem” – przyznał. „Ale zawsze dawałem z siebie wszystko i zawsze będę”. Twierdził również, że ma plan, co jest więcej, niż większość z nas może powiedzieć w poniedziałkowy poranek.

Linda Hobson z Unison powiedziała, że związek nie może się doczekać współpracy z Burnhamem, aby „dokonać transformacji tak bardzo potrzebnej w Wielkiej Brytanii”. Biorąc pod uwagę, że Partia Pracy pozostaje w tyle za Reform UK w sondażach od prawie 18 miesięcy, zwolennicy mają nadzieję, że przybycie Burnhama odwróci ich losy – lub przynajmniej sprawi, że sondaże będą mniej przygnębiające w czytaniu.

Sir Keir Starmer zrezygnował w zeszłym miesiącu po ciężkich stratach w wyborach lokalnych, a zwycięstwo Burnhama w wyborach uzupełniających pozostawiło go pod presją powszechnych wezwań do ustąpienia. Burnham złożył hołd sir Keirowi, chwaląc jego osiągnięcia w zakresie praw pracowniczych, praw najemców, skracania kolejek w NHS i przywracania kolei pod kontrolę publiczną. Czyli w zasadzie Burnham dziękuje mu za wykonanie całej ciężkiej roboty.