W czymś, co można opisać jedynie jako szkocką operę mydlaną, która zapomniała się skończyć na czas, tytuł Premiership zostanie rozstrzygnięty na Celtic Park w sobotnie przedpołudnie po nocy pełnej dramaturgii VAR, inwazji na boisko i goli, które trzymały wszystkich w napięciu do ostatniego gwizdka. Na Fir Park Celtic otrzymał dosłowną deskę ratunku, gdy Iheanacho umieścił rzut karny w 97. minucie po analizie VAR za rękę – wywołując inwazję na boisko, która była mniej „świąteczna”, a bardziej „właśnie uniknęliśmy katastrofy”. Tymczasem na Tynecastle Hearts wykonali swoją robotę, wygrywając 2:0 z Falkirk po golach Devlina i Nygrena, ale to nie wystarczyło, aby przypieczętować tytuł wcześniej. Sedno sprawy: każde zwycięstwo u siebie Celticu w sobotę daje im mistrzostwo. Każdy inny wynik oddaje tytuł w ręce Hearts – a właściwie to oni go zdobędą. Jak jeden z kibiców podobno szlochał na trybunach, to taki finał, że aż człowiek się zastanawia, po co oglądać cokolwiek innego.