Oglądanie komika rozpadającego się na scenie jest zazwyczaj tak przyjemne jak leczenie kanałowe. W nowej sztuce Teda Wallikera w Riverside Studios w Londynie załamanie performera jest celowe, ale szersze ambicje przedstawienia jakoś się rozłażą i gubią. Reklamowany jako set stand-upowy, który skręca w absurdalną quasi-spowiedź, ten debiut koprodukcji dla Riverside Studios to w zasadzie solowa wycieczka na manowce.

Kłopoty zaczynają się, gdy rama stand-upowa zostaje niegrzecznie odsunięta niemal natychmiast. Kiedy niezdarny chłopczyk z wyższych sfer Tony (grany przez Wallikera) nie udaje mu się zdobyć śmiechu, przymierza twardszą personę i wdaje się w brutalną historię o nieszczęśliwych przygodach z Mikiem, swoim najlepszym przyjacielem, wieloletnim obiektem westchnień i ogólnym łajdakiem. Tony nabiera delirycznego tempa, opisując bezprzykładnie makabryczną noc z oderwanymi twarzami i przeżutymi kośćmi. Zaczynając od błędu w McDonaldzie, gdzie poznajemy tytułowego Rona, zostajemy wrzuceni w zupełnie inną sztukę, z okazjonalnym skinieniem do nas, „ludzi”, by przypomnieć, że to miał być komediowy set.