Finały NBA trwają, a oficjalni statystycy ligi najwyraźniej zwracają uwagę dopiero od 1998 roku. Dylan Harper zdobył 10 punktów w pierwszej kwarcie meczu 1 między New York Knicks a San Antonio Spurs, co – jak nas poinformowano – jest rekordem dla debiutanta w pierwszej kwarcie finału NBA od czasu, gdy liga zaczęła prowadzić zapis gry podczas finałów w 1998 roku. Tak, dobrze przeczytaliście: NBA najwyraźniej spędziła dekady po prostu „vibing”.

Spurs, prowadzeni przez Victora Wembanyamę (lub „Wemby”, jak nazywają go fajne dzieciaki i ten blog na żywo), wyszli na wczesne prowadzenie pomimo najlepszych starań Knicks, by popełniać różne koszykarskie przestępstwa. Jalen Brunson zaczął mocno od trójki, ale szybko przypomniał sobie, że jest człowiekiem, kończąc połowę z 5 trafieniami na 15 rzutów z gry. Karl-Anthony Towns nie był dużo lepszy (3 na 9), ale przynajmniej został pierwszym graczem Knicks, który oddał rzut wolny 23 minuty po rozpoczęciu meczu, co jest albo świadectwem ich celności, albo druzgocącym oskarżeniem sędziów.

Julian Champagnie, który najwyraźniej pochodzi ze Staten Island, a nie – jak sugerowałoby jego nazwisko – jest francuskim cukiernikiem, prowadził Spurs z 15 punktami w pierwszej połowie. Wemby zakończył połowę z +/- na poziomie +3, podczas gdy rezerwowy center Luke Kornet jakoś osiągnął +4, bo statystyki koszykarskie to bezprawne pustkowie. Ławka Spurs przewyższyła punktami starterów Knicks podczas nieobecności Wemby'ego, udowadniając, że przyszłość koszykówki może należeć do każdego, kto jest gotów szybko biegać i rzucać czymś w kosz.

Dylan Harper, debiutant, który przeszedł do historii zdobywając punkty w pierwszej kwarcie, zakończył połowę z 12 punktami. Jose Alvarado dorzucił zgrabną linię statystyk: siedem minut i siedem punktów, bo efektywność najwyraźniej istnieje. Knicks trafili 8 na 24 w pierwszej kwarcie, co jest procentem, który nawet słaby uczeń matematyki przeliczy na „nie za dobrze”. Spurs nie byli dużo lepsi (9 na 25), ale oddali pięć rzutów wolnych, podczas gdy Knicks ani jednego, bo sędziowie najwyraźniej uznali, że Knicks nie zasługują na jałmużnę.

Punkt kulminacyjny: Wemby blokujący rzut z trzech czwartych boiska Mikala Bridgesa na koniec połowy, bo po co pozwalać przeciwnikowi na jakąkolwiek godność? Tłum to uwielbiał, co jest jedyną rzeczą, która się liczy w sporcie, gdzie fani znani są z rzucania przedmiotami w graczy, których nie lubią.

Jak zauważył jeden z czytelników, fani Spurs – znani jako „Szakale” – zachowują się bardziej jak kibice piłkarscy niż jakikolwiek inni amerykańscy fani sportowi. Co jest albo komplementem, albo ostrzeżeniem, w zależności od tolerancji na ludzi odpalających race w zamkniętych pomieszczeniach.

Knicks przegrywają 50-48 w przerwie, co oznacza, że mają 24 minuty, by wymyślić, jak zdobywać punkty i przestać pozwalać Julianowi Champagnie wyglądać jak Stephen Curry. Powinno być łatwo.